Bangkok – miasto aniołów i demonów

   Stolicę Tajlandii odwiedziłam początkiem października 2014 roku podczas wyprawy do Azji. Dziś, po ponad roku przeglądam zdjęcia i swoje zapiski w poszukiwaniu wspomnień. By zbudować „suchą masę” – przypomnieć sobie nazwy świątyń, targów i innych wartych odwiedzenia miejsc i atrakcji – jeżdżę palcem po mapie i czytam blogi innych osób. I czuję ścisk w żołądku. Uświadamiam sobie, że tak mało Bangkoku „liznęłam”podczas, bądź co bądź, czterodniowego pobytu.

   Moje pierwsze wspomnienie po przylocie do Tajlandii, to uderzenie gorąca na lotnisku Suvanabhumi. Po prawie 21 godzinach podróży i weselu kuzynki poprzedzającym nasz wyjazd, wylądowaliśmy o 8 rano czasu miejscowego, wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy 40km do miasta pod adres wskazanego hotelu przy turystycznej ulicy Khao San Road, której nazwa oznacza zmielony ryż. O ile przed laty było to miejsce spotkań prawdziwych backpackerów – dziś niestety sama sobą stanowi taką właśnie breję.

DSC_0793

Po przyjeździe do przyzwoitego hotelu, rozłożyliśmy się wygodnie na typowych dla Tajlandii łożach, stanowiących twardy materac na niskim drewnianym stelażu, wychodzącym sporo poza obręb materaca (uwaga na kolana, sic!). Z nadmiaru wrażeń, zmęczenia i tego upału na chwilę przysnęliśmy. Chwila okazała się godziną a obudził mnie niezwykły szum dobiegający zza drewnianych żaluzji pełniących rolę szyb – złożyłam je i zobaczyłam, że nasze okno wybiega idealnie pod wodospadem albo po prostu ktoś wylewa wodę z basenu na dachu hotelu, gdyż lało, nawet nie jak z cebra, lało tak jakby stanąć pod strumieniem bieżącej wody. Pierwszy raz w życiu coś takiego widziałam. Pobudziłam towarzyszy. Brat postanowił przerzucić się na drugi boczek a my z Dorotą pobiegłyśmy na dwór, zobaczyć to na własne oczy. Nim dobiegłyśmy do wyjścia, ulewa ustała. Na ulicy woda sięgała kostek, ale bardzo szybko odpływała kanalizacją. Straganiarki zaczęły odkrywać swoje majątki spod folii ochronnej, wysunęły się wózki z jadłem, muzyka, w postaci hitów radia eska, zaczęła znowu grać, na ulicę wybiegły z powrotem przepiękne dziewczyny (albo chłopcy) namawiające na wieczorne pokazy lady boysów, ping pong show, proponujące dozę laughing gazu, tuktukarze namawiający na przejażdżkę… Ten gorąc, wrzask, zapach potraw, David Guetta z radia, tłok… DSC_0689

Nagle wszystko zaczęło się zacieśniać wokół mojej głowy jak obręcz. Postanowiłyśmy z Dorotą ulotnić się z tłocznej ulicy i przejść kawałek po najbliższym sąsiedztwie. Akompaniowali nam oczywiście tuktukarze proponujący podwózkę, cierpliwie ich spławiałyśmy. Minęłyśmy McDonalds, 7Eleven z reklamami Magnuma na witrynie. Nie minęło parę minut, jak niebo znów zrobiło się ciemno granotowe i gdy nie zdążyłam policzyć nawet do trzech – lunęło. Tak samo jak chwilę wcześniej. Ukryłyśmy się pod parasolem budki z pad thaiem. Postanowiłyśmy od razu się poczęstować miejscowym specjałem. Sympatyczna Tajka, wręcz czarowała nad tym padem, doskrobując makaron, dolewając jajka i dodając smakowite dodatki. Wzięłyśmy trzy duże porcje na wynos w przyzwoitej cenie 50 bathów za jedną (5zł) i w tym deszczu biegiem wróciłyśmy do hotelu, wyżymając w bramie ubrania z wody.

DSC_0788

Na zapach smacznego dania obudził się i Bartek. Posililiśmy się i postanowiliśmy działać. Szybki prysznic, przechadzka po hotelu, krótka wizyta na dachu, by zobaczyć panoramę miasta i basen, w którym mieliśmy zamiar pławić się pół nocy, sprawdzenie baterii w aparatach i jazda na miasto.

WIELKI PAŁAC KRÓLEWSKI

Pogoda nam dopisywała. Tego dnia nie spadła już ani jedna kropla deszczu, zamiast tego świeciło palące słońce, w mgnieniu oka susząc moje ubranie. Trzymając się bocznych dróżek poszliśmy na wschód trafiając na olbrzymie rondo Pomnika Demokracji.

Trzaskając fotę za fotą m.in. przy uformowanym w szereg idących słoni żywopłocie, zaszliśmy pod bramy Wielkiego Pałacu Królewskiego. Nie omieszkałabym tam nie wejść. Moi towarzysze zwiedzali to miejsce przed niecałym rokiem, w dodatku odwiedzili Bangkok podczas Święta Wody i nie musieli płacić za biletu wstępu. Mnie ten bilet zakosztował 500 bathów, czyli 50 zł. Buddyści odwiedzają świątynie oczywiście bez uiszczenia opłaty. Już przy wejściu należało udać się do szatni by wypożyczonym za kaucję w wysokości 200 bh (20zł) strojem przykryć nogi i ramiona. Wybudowany w XVIII w. kompleks, służył do XX w. jako oficjalna rezydencja króla Tajlandii. Wschodnią jego granicę stanowi rzeka Menam, natomiast pozostałych stron strzeże wysoki mur obronny o łącznej długości prawie 2 km. Najważniejszym budynkiem dla Buddystów na terenie całego kompleksu pozstaje Wat Phra Kaew, Świątynia Szmaragdowego Buddy. Mieści wiele drogocennych posągów Buddy, odlanych w złocie, i bogato zdobionych. Najcenniejszym i górującym nad nimi pozostaje jednak Szmaragdowy Budda, naturalnych rozmiarów figura odlana w szczerym złocie. Nie można jej fotografować. Budda do tego jest rzeźbiony i zdobiony kosztownymi kamieniami, a podłoga prowadząca do figury w całości pokryta jest płatkami srebra, ściany natomiast przedstawiają sceny z życia Buddy.

Bardzo zainteresowała mnie makieta przedstawiająca Świątynię Angkor Wat, którą odwiedziliśmy później podczas pobytu w Siem Reap w Kambodży.

DSC_0381

Bogate zdobienia, zadbanie o każdy szczegół, wszystko w złocie, srebrze i wysadzane drogimi kamieniami. Niby taki przepych ale mnie osobiście „rażą” nasze europejskie budowle epoki baroku.

REJS KANAŁAMI THONBURI

Przy wyjściu czekali na mnie już moi towarzysze. Udaliśmy się spacerkiem właściwie bez celu po prostu przed siebie. Tuż za bramą, przy straganie z wachlarzykami (w końcu był ukrop!) zahaczył nas pan proponujący przejażdżkę kanałami Thonburi jego łodzią. Czemu by nie?! Dwa razy nie musiał nam powtarzać 🙂
Zadziwiające jak ten niski, krępy pan szybko potrafił się poruszać. Po paru minutach marszu znaleźliśmy się w przystani nad kanałem. Może „przystań” to za dużo powiedziane, bo łodzie parkują przy nabrzeżu po prostu gdzie się tylko da. Po kolei wsiedliśmy na wąską, długorufową, drewnianą łódź, nasz przewodnik odpalił ryczący silnik i popłynęliśmy.

Po drodze mijaliśmy domki na palach, wcale nie dziwne, że Bangkok jest niekiedy nazywany „Wenecją Wschodu”. Nasz kapitan zwrócił naszą uwagę na wielkie „coś”, co przepłynęło obok naszej łodzi. Była to jakaś ogromna jaszczurka, sprawiająca jednak wrażenie przerażonej bardziej jak my.

DSC_0443

Zatrzymała nas starsza pani oferująca kupno artykułów ze swojej łódki. Wzięliśmy po puszce coli (tylko to było szczelnie zamknięte :)), a kobiecinka namówiła nas na zakup piwa dla naszego kapitana. Oczywiście nie pytaliśmy o ceny i jak na końcu transakcji się okazało, słono zapłaciliśmy za nasze napoje, a staruszcze nie w smak było się targować.

Mijane przez nas domki były, powiedzmy, bardzo zróżnicowane, niektóre ledwo trzymające się kupy, pozbijane dosłownie z czego się da, a niektóre wręcz jak kolonialne budowle. Tyle że na wodzie.

Gdy wpłynęliśmy do dzielnicy Thonburi, widok tych pierwszych przeważał. Jest to uboga część Bangkoku, która właściwie niedawno bo w latach 70 ubiegłego stulecia stała się częścią miasta, a przedtem stanowiąca odrębne miasto. Co ciekawe jej oryginalna nazwa to właśnie Bang Kok, czyli wioska dzikiej śliwy. Przed laty miejsce to było stolicą Tajlandii.

Czytając później wspomnienia innych podróżników, wydaje mi się, że trafiliśmy na przewodnika „wolnego strzelca”, niezrzeszonego w żadnym turystycznym „konsorcjum”. Sam nas zaczepił na ulicy, sam zaprowadził do łodzi, na nią wsadził i sam nią kierował. Nauczona doświadczeniem przywiezionym z Azji wiem, że takie „fakultatywne” atrakcje turystyczne są tam niczym linia produkcyjna i zatrudniają też tyle samo osób co przy produkcji liniowej. Jedna osoba werbuje, druga kasuje, trzecia wsadza na łódź, czwarta łodzią prowadzi a piąta jest przewodnikiem. A kolejne mija się „przypadkiem”, a to pani z nawodnym straganem, a to przypadkowy pan na łódce z małpką itd. Oczywiście, każdemu należy dać zarobić naszym kosztem 🙂
Naszą trójkę około godzinna przejażdżka kosztowała zaledwie 800 bathów, czyli 80 zł. Byliśmy na łodzi sami, mijaliśmy po drodze łódki nieco większe, ale i pełne w turystów z nikonami przy oku.

WAT ARUN I WAT PHO

Wysiedliśmy zaraz przy Wat Arun, bodaj najbardziej charakterystycznej dla Tajlandiibudowli. Świątynia Świtu, jest jedną z najstarszych tajskich budowli. Sama jej obecność na zachodnim brzegu Menamu świadczy o tym, że to tu była oniegdyś stolica kraju. Wejście do obiektu jest płatne (le była to bodajże równowartość 3 czy 5 zł), również tu należy przykryć nogi i ramiona – przed wejściem działa wypożyczalnia chust – kaucja wynosi 200 bathów. Świątynia zapiera dech w piersiach.

Na początek sam jej widok jeszcze z przeciwległego brzegu, potem z łódki, czy promu, w końcu, gdy stoisz przed nią samą, potem strome schody, które należy pokonać by wspiąć się na taras wokół głównej wieży, tzw. prangu na wysokość około 80 m by podziwiać wierzchołki pozostałych czterech wież oraz panoramę całego Bangkoku.

Ściany świątyni są zdobione tłuczoną porcelaną pochodzącą z Chin. Również i ta budowla jest bogata w szczegóły, pełno na niej i na całym placu posągów, symboli religijnych. Warto zaczekać tu aż do zachodu Słońca. Widok znany z pocztówek, jest niezapomniany. Niestety nie widziałam jej skąpanej w brzasku poranka. Musi wyglądać równie zachwycająco. Na pewno jej nazwa, Świątynia Świtu, stąd właśnie się wzięła.

DSC_0520DSC_0517

DSC_0578Zaraz przy wyjściu ze terenu Świątyni zakupiliśmy chleb w celu karmienia olbrzymich sumów z rzeki zaraz przy porcie dla przeprawy wodnej na drugi brzeg rzeki. Gdy tylko pojawiliśmy się na pomoście, w wodzie zrobiło się bardzo tłoczno, a gdy zaczęliśmy rzucać chleb, woda wręcz zabulgotała. Ryby nauczone dokarmiania przez turystów bardzo szybko zapamiętały to miejsce. Zaraz pojawiły się również gołębie. Oczywiście, wszyscy wiemy, że nie wolno dokarmiać zwierząt, a już szczególnie chlebem, ale… 🙂

W cenie 20 groszy! przeprawiliśmy się promem na drugi brzeg i poszliśmy kierowani znakami przy drodze pod Wat Pho, znanej z olbrzymiego posągu Odpoczywającego (czy Leżącego Buddy).

DSC_0483


W tym sakralnym obiekcie można również coś zjeść, odpocząć w cieniu drzew, skorzystać z tajskiego masażu. Właśnie tu mieści się bangkocka szkoła masażu tajskiego, ciesząca się jednak niezbyt dobrą reputacją w porównaniu z Królewską Akademią masażu mieszczącą się w Chiang Mai.
DSC_0608

Pozłacana figura przedstawiająca Odpoczywającego Buddę mierzy 46m długości i 15m wysokości. Warto zwrócić uwagę również na spód stóp posągu, gdzie wygrawerowane i pokryte macicą perłową są starożytne symbole.

Po dniu pełnym wrażeń powolutku wrócilismy piechotą pod Pomnik Demokracji, posilając się jeszcze w przydrożnym barze, a stamtąd prościutko do hotelu skorzystać z basenu na dachu. Późnym wieczorem korzystaliśmy z dobrodziejstw tajskiej kuchni na sąsiedniej Rambutrri Alley, gdzie posiłkowaliśmy się i drinkowaliśmy w miłej atmosferze każdego dnia.

CHINA TOWN

Następnego dnia rozpoczętego śniadaniem na tarasie hotelu, postanowiliśmy zwiedzić bangockie China Town i dzielnicę hinduską.

DSC_0663DSC_0660DSC_0669

W Małych Chinach, jak w każdym innym tego typu obiekcie roiło się od Chińczyków, straganów, całkiem dobrego jedzenia przy głównej drodze – może smakowało tak dobrze dzięki spalinom :).

Znalezienie Little India zajęło nam trochę więcej czasu. Według naszego przewodnika, było to jedno z wartych odwiedzenia miejsca. Nie wiem co było tam zachwycającego. Po drodze spotkaliśmy Brytyjczyka i Holendra, którzy też szukali tajemnego wejścia do tajlandzkich Indii. Gdy przeszliśmy przez dzielnicę, zreflektowaliśmy się, że właśnie ją mijamy. Wtedy dopiero zauważyliśmy Sikhów. Idąc za nimi, znaleźliśmy przejście na targ, którego nie było na mapie. Pobłądziliśmy trochę po okolicy, po czym udaliśmy się w stronę Wielkiego Pałacu. Stamtąd wzięliśmy tuk tuka i ruszyliśmy na nocną przejażdżkę po mieście.

Kolejny dzień spędziliśmy na spontanicznym zwiedzaniu miasta, głównie na pieszo. Teraz żałuję, że nie pofatygowaliśmy się na walki tajskich bokserów. Chyba wtedy też na spontanie wymyśliliśmy, że będąc na drugim krańcu świata, może warto byłoby odwiedzić sąsiednią Kambodżę. Kilka kliknięć w Internecie i już wiedzielismy, że najtańszym sposobem na dostanie się tam jest pociąg. Wizja przejechania się tajską koleją zachwyciła nas (czy była to pełna zachwytu podróż dowiecie się tutaj). Trafiliśmy pod budynek dworca kolejowego, gdzie dowiedzieliśmy się wszystkiego o interesującym nas porannym pociągu do Aranyaprathet, miasteczka na pograniczu. Wieczorem wracając taksówką, umówiliśmy się z kierowcą na 5 rano kolejnego dnia na podwózkę pod dworzec kolejowy, skąd chwilę przed 6 odjeżdżał nasz pociąg do Aranyaprathet. Nasza Four Nights in Bangkok dobiegła końca.

Reklamy

Pływająca wioska Kampong Phluk i namorzynowy las tropikalny

O jedną z pływających wiosek na jeziorze Tonle Sap zahaczyłam przypadkiem. Podczas pobytu w Azji jesienią 2014 roku, pojechałam do kambodżańskiego miasta Siem Reap, by stamtąd zwiedzić Świątynie Angkor. Podróż z Bangkoku była dość męcząca, o czym przeczytacie tutaj. Dlatego, jeszcze przepełnieni wrażeniami poprzedniego dnia, wraz z bratem i jego dziewczyną, potrzebowaliśmy nieco więcej czasu, zanim następnego dnia wygrzebaliśmy się z łóżek, wymoczyliśmy się w basenie i zjedliśmy śniadanie. Byliśmy gotowi jechać do Angkor, kiedy nasz tuk tukarz polecił nam, w związku z dość późną godziną, właśnie tę Pływającą Wioskę. Tak oto za jego namową, zamiast na północ, pojechaliśmy 20 km na południe od miasta, nad brzeg jeziora Tonle Sap.

Pośrodku niczego
Pośrodku niczego
panoramio com
Wioska w czasie pory suchej Źródło; http://www.panoramio.com

Jezioro Tonle Sap, samo w sobie duże, a w czasie pory deszczowej powiększające swoją powierzchnie aż siedmiokrotnie, mieliśmy okazję widzieć w okresie jego najokazalszej postaci.  Największy na Półwyspie Indochińskim akwen, jest bogactwem Kambodży. Najbardziej zarybione na świecie słodkowodne jezioro, podczas pory deszczowej łączy się z rzeką Mekong, która z kolei nanosi bogate w minerały osady aluwialne i ryby. Razem zalewają wszystko co spotkają na swojej drodze. W Kambodży jednak, ta powódź to nie katastrofa, a źródło utrzymania przez całą porę suchą. Gdy poziom wody spada, wyłaniają się żyzne tereny, na których Kambodżanie uprawiają ryż.  Dla 3 mln ludzi, żyjących w okolicach akwenu w skrajnej nędzy, uprawa ryżu, rybołówstwo, łowienie węży i hodowla zagrożonych wyginięciem krokodyli syjamskich, to jedyne źródło utrzymania. Ich życie poddane jest rytmowi natury. Szacuje się, że roczny dochód tych rodzin nie przekracza 300 USD. Myślę, że warto o tym wiedzieć, gdy płacimy pośrednikowi 30 USD za czterogodzinną przejażdżkę po jednej z wielu pływających wiosek, Kampong Phluk. Dlaczego wśród kilkuset wiosek na palach znajdujących się na jeziorze, akurat ta jest najbardziej znana? Ano proste. Jest położona najbliżej stricte turystycznego miasta, jakim jest Siem Reap.

DSC_0892

Podczas godzinnej jazdy tuk tukiem zdążyłam przeczytać w przewodniku, że to miejsce godne polecenia, można tam zobaczyć ludzi, których życie podporządkowane jest Jezioru, utrzymują się z łowienia ryb itd. Nikt nie napisał, że zobaczymy istne ludzkie zoo, będziemy świadkami karmienia tamtejszych dzieci niczym kaczki chlebem w parku, że obejrzymy teatrzyk nędzy, ubóstwa i żebractwa na pokaz, w którym te spektakle będą odbywały się wiecznie. Bo kosztem, mniej lub bardziej świadomych, tubylców, wypełniają dolarami kieszenie tamtejszych mafiosów. Ale po kolei…

Tuk tuk dowiózł nas pod kasy. Ustawiliśmy się w kolejce. Kiedy się zorientowaliśmy, że bilet kosztuje 30 USD od osoby, zaczęliśmy kombinować (ach te polskie głowy), żeby do kogoś się dołączyć i zapłacić mniej bo koszt wynajmu łódki rozłożyłby się na więcej osób. Nasz pomysł nie przeszedł, ale pocieszeni myślą, że w końcu inny kierowca łódki będzie mógł coś zarobić, kupiliśmy nasze bilety. Razem 90 dolarów. Rozsiedliśmy się wygodnie w długiej łodzi. ktoś nas wypchnął, silnik się zanurzył i już płynęliśmy kanałem łączącym port z jeziorem. W mętnej wodzie brodziły krowy, dzieci bawiły się balonami – zakładam, że jakiś gringo  wpadł na złoty pomysł, żeby zamiast dawać żebrzącym dzieciom pieniążki – dał im balony.

Schłodzona krowa wychodzi na brzeg
Schłodzona krowa wychodzi na brzeg
DSC_0839
Elegancki posterunek policji
DSC_0842
Budynek szkoły

Zaczęły pojawiać się zabudowania. Na wysokich palach pozostające może metr – półtora nad lustrem wody. Najpierw posterunek policji, potem szkoła, skład Czerwonego Krzyża, i płynąc dalej głównym kanałem wioski, mieliśmy okazję oglądać codzienne życie mieszkańców wioski. Mężczyzn, jakby było ich mniej, zazwyczaj gmerających coś przy silnikach łodzi, kobiety oprawiające ryby, łatające sieci i dzieci, bawiące się w wodzie, ochoczo nam machające i wskakujące jak na zawołanie pięknym łukiem do wody. Jakby same pozowały do zdjęć.

Kapitan naszej łódki dobił do barki, gdzie siedzieli inni „zachodni”.  Przystanek na jedzenie w restauracji prowadzonej podobno przez tutejszych, gdzie smażony ryż kosztował 6 USD 🙂 Barka, poza restauracją pełniła także rolę transferu, granicy odgradzającej namorzynowy las (floating mangroove forest) od wioski. Oczywiście, bo jakby inaczej, na tejże granicy, pobierana była opłata w wysokości 5 USD , która według słów pana, pewnie jedynego mówiącego tam po angielsku, miała w całości zostać przekazana tym ludziom. Pani w kasie zachęcała nas wtedy do zakupu dziesięciokilogramowych worków ryżu w cenie 10 USD pod godnym chwały hasłem karmienia kambodżańskiego narodu. W ofercie miała też całe pakiety – po 15 – 20 sztuk, hermetycznie pakowanych znanym nam, zupek chińskich. Nie rozumiejąc do końca tej wyniosłej idei, podziękowaliśmy grzecznie z zamiarem pozostawienia po kryjomu napiwku starszej kobiecie, która miała nas obwieźć po namorzynowym lesie.

Kobiety obwożące turystów po lesie namorzynowym
Kobiety obwożące turystów po lesie namorzynowym

Przyznam, że czułam się okropnie, mój brat pewnie jeszcze gorzej, wobec faktu, że naprawdę sędziwego już wieku kobieta, wachlowała tym małym wiosełkiem w gęstej jak zupa wodzie, wioząc trzy leniwe białe pupy. Od tego momentu łzy same zaczęły mi napływać do oczu. Gdy odbiliśmy od barki, siedząc po turecku na prostej konstrukcji łódce na kolorowej słomianej macie, wszystko inne ucichło. Gdzieś za tą umowną granicą zostawiliśmy „cywilizowaną” część pływającej wioski, gdzie ryczały silniki łodzi, grała muzyka, było słychać głosy bawiących się dzieci. Słychać było tylko szus łodzi powoli sunącej po mętnej wodzie, krople odbijające się od wiosła i odgłosy ptaków. Nie rozmawialiśmy ze sobą w ogóle. dziewczynka Patrzyliśmy na zgniłe rudery cudem utrzymujące się na krzywych palach, pomiędzy którymi były rozwinięte sieci, dawno mające za sobą lata świetności. Gdzieś w ocynkowanej wannie, służącej za łódkę, płynęła z wolna może czteroletnia dziewczynka. Miała taki żal, taki smutek w oczach. Na rufie matczynej tratewki w słońcu, którego promieniom udało przedrzeć się przez gęste korony drzew wygrzewał się jak salamandra  trzylatek. Gdzieś za siecią widać było skrytego przed  wścibskim obiektywem z zoomem  może czterolatka trzymającego na rękach niemowlę.

DSC_0866
To zdjęcie jest moim najcenniejszym „trofeum” z wyprawy. Oddaje absolutnie wszystko.

Nie wiem czy odbierzecie to jako moją obłudę czy serce z kamienia ale wtedy uświadomiłam sobie, że te dzieci ktoś tam „wystawia”. Ich widok ma łamać serca i skłaniać turystów do wyciągania portfeli. Każde dziecko ma samo na siebie zarobić. Za pomocą tego co ma do zaproponowania. Swoją nędzę. Jakież to podłe! Ale to, czego świadkami mięliśmy stać się za chwilę, przerosło wszystkie możliwe oczekiwania!
Runda po namorzynowym lesie i najuboższej części wioski dobiegła końca. Na barce zapytano nas jeszcze raz czy nie chcemy nakarmić „poor cambodian children”, i wtedy pojęliśmy o co chodzi z workami z ryżem i zupkami instant! Ruszając już z naszym kapitanem dalej, nie sposób było nie zauważyć nagłego wrzasku dzieci, jakiegoś zamętu, bieganiny… DSC_0896
Z przeciwnej strony nadpłynęła łódź nieco większa od naszej, na niej dumni jak pawie Chińczycy w hawajskich koszulach, panowie na dziobie łodzi, obwieszeni tymi workami z zupkami, przy burcie panie, ich żony, wystrojone jak na wesele co najmniej, z wycelowanymi obiektywami aparatów w mężów i w te dzieci, płynące na łeb, na szyję w ich stronę. I ci Chińczycy zaczęli „karmić” kambodżańskie dzieci, rzucając im te zupki do wody! Spojrzeliśmy na siebie bez słów, z niedowierzaniem łapiąc się za usta. Brakuje mi słów, by to opisać. Gdybym miała ze sobą karabin, z pewnością, nakarmiłabym aligatory tymi ludźmi z łodzi! Dzieci zeskakiwały w ubraniach z tych swoich prowizorycznych łódeczek, biły się w wodzie o te zupki, łapały je w zęby, żeby rękoma się bronić przed innymi i odpychać w wodzie. Niesamowite okropieństwo!

DSC_0897
W wodzie widać pływające zupki instant

Co ciekawe, na taj barce z restauracją widziałam jak te zupki się suszą. Dzieci je zbierają, dając po prostu show, albo są odbierane (?), suszone, ponownie pakowane i sprzedawane wielce miłościwym turystom, i znów wrzucane do wody. I tak w kółko. Co jest bardziej irytujące?

DSC_0885

I gdy show się skończyło, popłynęliśmy dalej w stronę otwartego jeziora. Pozostając w stanie totalnego osłupienia, słysząc tylko ryk silnika i bijące się myśli w naszych głowach, płynęliśmy może jeszcze z 10 minut. Kapitan się zatrzymał i zademonstrował na migi, że teraz po wspaniałej wycieczce możemy wyskoczyć dla ochłody do wody a on na nas zaczeka, aż będziemy gotowi. Żadne z nas nie miało ochoty na zabawę ani relaks w wodzie. Wróciliśmy, jeszcze raz przepływając głównym kanałem wioski. Po zupkach w wodzie nie było śladu – już suszyły się na słońcu, rozłożone na odwróconej łodzi.
Nasz kierowca tuk tuka czekał na nas w umówionym miejscu. Opowiedzieliśmy mu co się tam stało. Powiedział, że nie miał pojęcia że to tyle kosztuje i tak to wygląda. Nie potrafię ocenić, czy mówił prawdę.

pixadus com
„Czasem mogę się szczerze uśmiechnąć, a co mi tam” Źródło: http://www.pixadus.com

Kambodża. Nienawiść od pierwszego wejrzenia (tylko chwilowa :-))

Kambodża. Nie mogę jej zaszufladkować, nie mogę przypiąć etykiety „podoba mi się” – „nie podoba mi się”. Nie potrafię się uporać z tym, co tam zobaczyłam. Na pewno tam wrócę, za 10, za 15 lat. By zobaczyć co się zmieniło.

Miasto Sieam Reap, położone w północno-zachodniej części kraju, odwiedziłam w październiku 2014 roku, przy okazji wyprawy do Tajlandii z bratem i jego dziewczyną. Przede wszystkim zależało nam na Świątyniach Angkor. Mieliśmy 4 dni na Kambodżę razem z transferem z Bangkoku i dotarciem do ostatniego punktu wyprawy, wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy gdzie to będzie. Czy kierunek południe, na Phuket, Ko Samui czy zostaniemy w północnej części Zatoki Tajskiej. Padło w końcu na wyspę Koh Chang.

Wsiadamy do pociągu

TRANSFER BANGKOK – SIEM REAP
Bangkok opuściliśmy o brzasku poranka z umówionym poprzedniego wieczora taksówkarzem. Spod hotelu na Khao San Road zawiózł nas na dworzec kolejowy. Tam pociągiem, dwa razy dziennie odjeżdżającym do Aranyaprathet, przy granicy z Kambodżą, pojechaliśmy za równowartość 4,70 złotego (47 bath).
Odcinek około 300km pokonaliśmy w 7 godzin. Ważne jest, by jechać tym rannym pociągiem – bez problemu tego samego dnia dostaniemy się na terytorium Kambodży. Jadąc tym o godzinie 12 możemy być zmuszeni spać na granicy.

Ktoś narzeka na toalety w PKP?
Ktoś narzeka na toalety w PKP?

W miasteczku wzięliśmy tuk tuka i ruszyliśmy na przejście graniczne. Poczciwa, energiczna kobiecinka zawiozła nas za 100 bath (ok. 10 zł) do samego miasteczka Poipet, do punktu, „ambasady” gdzie zapewne jej znajomi oferowali nam wykupienie wizy u nich, bez zbędnych kolejek na samej granicy. Bogaci jednak w rady wyczytane na blogach, sami trafiliśmy do kantoru gdzie euro wymieniliśmy na dolary (polecam mieć dolary po prostu ze sobą niż wymieniać euro na bathy i potem bathy na dolary), a potem twardo, nie zważając na taksówkarzy oferujących transfer do Sieam Reap, wizy, hotele, doszliśmy do punktu granicznego. Wykupiliśmy wizy (20 USD kiedy wyjęłam z portfela swoje zdjęcie, 30 USD jak bez zdjęcia – o tyle dziwne, że tego zdjęcia nie wkleja się w wizę – ja miałam zwykłe, to było akurat robione do międzynarodowego prawa jazdy. Podejrzewam, że nie przeszkadzałby im format szkolnego zdjęcia legitymacyjnego, zdjęcia dyplomowego czy z paszportu). Ponieważ zdjęcie nie zostało wklejone w wizę, ani ze zostało mi oddane – liczę, że panowie z kambodżańskiej służby granicznej nie handlują tożsamościami podróżujących na czarnym rynku :).

Poipet, przejście graniczne
Poipet, przejście graniczne. Jakby już namiastka Świątyń Angkor

Stamtąd przeszliśmy zgodnie z kierunkowskazami do innego budynku na samej granicy, gdzie w długich kolejkach czekaliśmy na pieczątkę w paszporcie. Skany odcisków palców, stempel z datą wejścia z przejścia granicznego Poipet, usłyszane od oficera straży „have a nice time in Cambodia” i tak znaleźliśmy się po drugiej stronie granicy.

Oczywiście od razu zostaliśmy zhaltowani przez młodego chłopaka, który zaproponował nam dojazd do Sieam Ream prywatnym busem w super warunkach z klimatyzacją. Niestety mu uwierzyliśmy. Na naszą obronę mam, że na „jego” ławce siedziało trochę „białasów” i tym się daliśmy zwieść – tak jak i inni gringo 🙂 Poznaliśmy za to grupę sympatycznych Słoweńców, którzy poczęstowali nas bimbrem robionym przez tatę jednego z nich. W busie, który raczej odbiegał od przedstawionego nam na zdjęciu, było nas chyba siedmioro albo ośmioro podróżujących, Pan Cwaniak i kierowca. Mieliśmy zapłacić chyba po 6 dolarów na głowę za transport pod wskazany hotel w Siem Reap, potem wyszło, że jednak 15 USD, dzięki ostrym słowom Doroty – dziewczyny brata – pojechaliśmy za 10 USD, ale z przygodami… Z granicy szkolnym autobusem, rodem z amerykańskich filmów, zabrano nas na dumnie brzmiący International Bus Terminal, może z pół godziny jazdy autem od granicy, gdzie czekaliśmy około godziny i przesiedliśmy się do mniejszego busa. Tam pod tą altanką na kambodżańskich bezdrożach doszło do kłótni między nami a nieuczciwym przewoźnikiem. Po dyskusjach i jego argumentach typu „you don’t like my offer – you can stay here forever”, pojechaliśmy dalej po ustalonej cenie 10 USD, racząc się bimbrem Słoweńców. Byliśmy w każdym razie szczęśliwi, że nie jesteśmy sami, a ewentualne zaginięcie siedmiorga obywateli Unii Europejskiej zmusi kogoś do działania :). Po przesiadce nasz skład powiększył się o buddyjskiego mnicha jadącego zapewne do Angkor i dwie Chinki. Po dość długiej podróży trafiliśmy już o zmroku w miejsce skąd było widać światła miasta.Uśmiechnięci na myśl, że jesteśmy już na miejscu zostaliśmy szybko sprowadzeni do pionu, gdyż kierowca skręcił w boczną, nieutwardzoną drogę usianą wybojami, zawiózł nas gdzieś pod sklejoną z czego popadło wiatę. Podróżujący z nami Pan Cwaniak powiedział nam „this is over our trip” i wysiadł. Na twarze współtowarzyszy z busa padł blady strach. Wysiedliśmy, nasze bagaże zostały nam wydane i nie pozostało nam nic innego jak po prostu krzyczeć na Pana Cwanika. W najgorszej sytuacji znalazły się te dwie panie z Chin, bo jak na Chińczyków niestety przystało, prowadzeni dumą o chińskim imperium i jego zasięgu, nie uznają, iż potrzebowaliby znać jakieś przydatne zwroty w obcym (np. angielskim) języku :). Pod wiatą stały dwa tuk tuki, których kierowcy od razu nas obskoczyli. Kierowcy nie rozumieli języka angielskiego, ani nie znali naszego alfabetu – pozostało nam tylko uwierzyć na słowo temu co po khmersku przekazał im nasz Pan Cwaniak.
Tuk tuki w Kambodży różnią się od tych w Tajlandii. Do skutera bądź motoru jest podłączona po prostu przyczepka, powiedzmy, ryksza bądź kareta, jak gdzieś usłyszałam. Byliśmy nieźle przerażeni. Nasza trójka, każde z nas minimum 70kg swojej wagi plus bagaż i ten mały skuterek z tą niedużą rykszą, i te nieutwardzone drogi. Nasi Słoweńcy zapakowali się po dwoje na jeden tuk tuk, do kolejnego wsiadł mnich, my z Chinkami zostaliśmy sami z Panem Cwaniakiem. Za chwilę przyjechały kolejne dwa tuk tuki. Pan Cwaniak stopą na czerwonym piasku rysował naszemu kierowcy mapę gdzie ma nas dowieźć. Był już ciemno. Byliśmy naprawdę przerażeni.

Pan Cwaniak
Pan Cwaniak

Warto tu też wspomnieć, że zabukowaliśmy hotel w Siem Reap dzień wcześniej przez booking. Oddalony od centrum (rozrywkowej Pub Street) o około 1.5km ale za to bliżej Świątyń, bo to nas najbardziej w Kambodży interesowało, a mieliśmy zamiar tam dotrzeć na rowerach. Hotel z basenem w bardzo rozsądnej cenie 12 USD za dobę ze śniadaniem za cały pokój. Pan Cwaniak, chyba niezorientowany dokładnie po przedmieściach swojego miasta, próbował nam na siłę wcisnąć jakiś swój hotel, przekonując, że w tym wybranym przez nas, na pewno nam się nie spodoba. Przekonaliśmy go w końcu do naszej decyzji tłumacząc jak krowie na rowie, że płaciliśmy kartą kredytową, i zaliczka została już pobrana – było to oczywiście kłamstwo ale założyliśmy, że wizja straconych przez nas pieniędzy na pewno na niego podziała. Jakoś zapakowaliśmy się na tuk tuka. Kierowca był niemniej przerażony jak my odpalił motorynkę. Trafiliśmy pod hotel. W pokoju właściwie mieliśmy wszystko czego potrzebowaliśmy. Ale muszę przyznać, że wściekli na tego naciągacza i też na siebie, że nie odżałowaliśmy od razu 35 USD za wynajem całej taksówki dla siebie bezpośrednio z granicy pod wskazany adres, marudziliśmy. W pokoju była klimatyzacja, dwa duże łóżka, telewizor, czekała na nas woda do picia, dostaliśmy hasło do internetu. Położyliśmy się spać. Rano popluskaliśmy się w basenie, zjedliśmy śniadanie na dachu hotelu. Zobaczyliśmy wtedy, że rzeczywiście te 1,5km od centrum może dać nam się we znaki. Ta przestrzeń nie była w ogóle zagospodarowana turystycznie. Otaczały nas blaszane, prowizoryczne wiatki – jak się okazało pod którymi znajdowały się fermy aligatorów i krokodyli (sic!), skromne domostwa ludzi pracujących przy fermach i pewnie dojeżdżających do miasta do pracy.

Blaszane daszki. A pod nimi...
Blaszane daszki. A pod nimi…
... TAKIE BYSIORY!
… TAKIE BYSIORY!

Hotel miał swojego kierowcę tuk tuka. Zaufanego. Zostawiwszy rzeczy do prania w hotelowej pralni (dość drogo – 2 USD za kilogram), udaliśmy się z naszym kierowcą do miasta w poszukiwaniu bankomatu i zobaczenia czegoś. Chcieliśmy jechać do Świątyń żeby trafić na zachód słońca, ale kierowca popatrzył na nas jakbyśmy spadli z innej planety i uświadomił nas, że do Świątyń jedzie się najpóźniej o 9 rano. Teraz z perspektywy czasu wiemy, że to wcale nie konieczność ale wtedy zdaliśmy się na jego doświadczenie i wiedzę. Jako alternatywę zaproponował nam wycieczkę do Pływającej Wioski Kampong Phluk na jeziorze Tonle Sap (hmmm, była to chyba udana próba naciągnięcia). O tej wiosce przeczytałam w jakimś przewodniku rankiem tego samego dnia. Zgodziliśmy się.

PRAKTYCZNE INFORMACJE: 
W Bangkoku w każdym z biur podróży można znaleźć oferty bezpośredniego transferu do Siem Reap autokarem bądź busem za około 500 BHT (50 zł) za osobę – przy targowaniu oczywiście za równowartość 100 zł pojadą i trzy osoby. Jeśli zdecydujecie się na taki transport – weźcie pod uwagę czas przybycia na granicę – punkt graniczny jest otwarty od 7.00 do 17.00 i może być tak, że będziecie po prostu czekać na granicy lub co gorsza, będziecie musieli wziąć nocleg z którymś z hoteli na granicy (bo choć nie przeżyłam tego, głęboko wierzę, że w biurze nic nie mówią o ewentualnych dodatkowych kosztach noclegu a po przybyciu na granicę to się okazuje koniecznością). Nam bardzo zależało na przejażdżce już obrosłym w legendy pociągiem do Aranyaprathet – przypominam – koszt niecałych 5 zł. Wyjeżdżając o 5.55 nad ranem z Bangkoku, około 12 byliśmy przy granicy. Stamtąd tuk tuk za około 3 zł na głowę i transport z granicy do samego Siem Reap. Tu, jeśli nie chcielibyście przeżywać tego co ja, i jesteście małą grupą lub zachęcicie kogoś obcego do pojechania z Wami, polecam od razu wziąć taksówkę za 35 USD za całość (po stargowaniu) i w trójkę, czy czwórkę jechać do miasta. Oczywiście to wszystko jedna wielka mafia transportowa – taksówkarz zapewne dowiezie Was też pod jakąś altankę pod miastem pod pretekstem, że tym autem nie może wjechać do miasta (to znam już z Maroka) i stamtąd będziecie musieli wziąć już za grosze tuk tuka – każdy musi tam zarobić na turyście – i tuk tukiem pojedziecie pod hotel. PAMIĘTAJ: tuk tukarze często nie znają naszego alfabetu! Jeśli wątpisz w swoje zdolności leksykalne i prawidłową wymowę kambodżańskich nazw – rób screeny w telefonie lub drukuj nazwy i adresy hoteli czy miejsc razem z ichniejszą transkrypcją tak, by taksówkarz mógł trafić pod wskazany adres.
Miej ze sobą dolary – w Kambodży obowiązują dwie waluty – riele (KHR) i dolary, gdzie 1 USD = 4000 KHR. Zazwyczaj płacimy dolarami, dla turystów obowiązuje zasada -wszystko za minimum dolara. Reszta z dolara wydawana jest w rielach.  Oczywiście, my tak robiliśmy, i też Was nakłaniam, do targowania się i płacenia w ich walucie. Nie dajmy się zwariować.